expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

wtorek, 14 października 2014

Rozdział 7



Po nocy spędzonej na kanapie przyszła mi do głowy myśl, jak właściwie Loki wytrzymywał na niej. Ja rano nie wstałam. Ja się zsunęłam z kanapy. I zaczęłam pełznąć w stronę łazienki. Zatrzymałam się mnie więcej na granicy miękkiego dywanu, opierając policzek o zimne panele. Zaraz sobie przypomniałam, że Loki jest ranny i wypadałoby do niego zajrzeć. Z trudem podniosłam się z podłogi. Musiało to wyglądać naprawdę komicznie, dobrze, że ten socjopata mnie nie widział, miałby ze mnie polewkę do końca życia.

Wykonałam kilka skłonów i przysiadów, jednak wcale się od tego lepiej nie poczułam. Byłam okropnie poskręcana. Jeszcze nie do końca przytomna położyłam dłoń na klamce i weszłam do sypialni.

Bóg już nie spał.

-A co z ciebie taki ranny ptaszek?- zaczepiłam go, wyciągając z szafy jakąś koszulkę, bo właśnie sobie uświadomiłam, że jestem półnaga.

-Ptaszek żaden, ale ranny- owszem- odpowiedział słabym głosem.

Od razu doskoczyłam do łóżka i pochyliłam się nad nim.

-Co ci jest?- Właściwie nie musiał odpowiadać, bo gdy tylko odkryłam pościel, zobaczyłam zakrwawiony opatrunek.

-Chyba rana się otworzyła- odpowiedział i syknął, gdy jej dotknęłam.

-Poczekaj, dobrze?- Popędziłam w stronę wyjścia.

-Nigdzie się nie wybieram- usłyszałam za sobą.

I znów proces się powtarzał. Wpadłam do łazienki i zauważyłam, że mój zapas bandaży gwałtownie zmalał. Została mi już ostatnia rolka. Potem zamoczyłam czyste ręczniki i wróciłam do Lokiego.

Natychmiast zdjęłam mu stary opatrunek i znów przemyłam ranę. Zaczęła krwawić, ale nie tak bardzo, jak wczoraj.

Po jej oczyszczeniu, położyłam na niej dłonie.

- Nie rób tego.- Loki zaprotestował, ale ja już zamknęłam oczy i zaczęłam recytować czar. Stało się to, co poprzednim razem: wydobywający się chłód spod moich palców, kompletnie się zatraciłam, nie odczuwając żadnych bodźców zewnętrznych. Był tylko chłód i mój głos.

To wszystko nagle przerwał ból w nadgarstku. Wybudziłam się niczym ze snu i otworzyłam oczy. Palce Lokiego wbijały się w przegub mojej dłoni. Wyrwałam się i zaczęłam rozmasowywać rękę. Po uchwycie boga, na skórze zostały mi czerwone pręgi.

-Co ty robisz? -fuknęłam na niego, nie przerywając rozcierania bolącego miejsca. Zaskoczyła mnie jego nagła reakcja.

- Co ja wyprawiam? Co ty wyprawiasz?!- Wyrzucał z siebie słowa ze złością. Gromił mnie wzrokiem, jakbym zrobiła coś niewłaściwego.

-Przecież dobrze się czuję- odparłam- Natomiast ty wręcz przeciwnie. Próbuję ci pomóc, więc jeśli nie chcesz okazać mi choć odrobiny wdzięczności, to przynajmniej nie przeszkadzaj.- Wstałam z łóżka, zaciskając pięści ze złości. Byłam rozdrażniona i rozgoryczona.

-Słuchaj, nie będziesz…

-Daj mi działać, uszanuj mój wysiłek!- Przerwałam mu. Słowa niekontrolowanie zaczęły wypływać z moich ust. Przestałam się powstrzymywać, jak zwykle zbyt szybko się zdenerwowałam- Tyle dla ciebie poświęciłam i co mi po tym? Nic! Robię wszystko, czego ode mnie wymagasz. Było mi wszystko jedno, ale teraz już nie jest! Zaczynam żałować, że cię poznałam, poddałam ci się i nie zostawiłam tam, rannego, żebyś się wykrwawił!

Nie czekałam na to, co powie, na jego reakcję. Może i powiedziałam o kilka słów za dużo, ale należało mu się. Do tej pory musiałam wszystko w sobie tłumić. A teraz wreszcie mogłam wykrzyczeć mu w twarz to, co czuję, co pewnie i tak go nie obchodziło.

Z impetem zatrzasnęłam drzwi za sobą i kopnęłam ze złości, stojący na mojej drodze, fotel, który przesunął się ze zgrzytem po panelach, zostawiając w nich rysę.

Opadłam na kanapę i oparłam głowę na kolanach.

Dlaczego ten idiota nie mógł docenić tego, co dla niego robię? Moja frustracja chyba w tym momencie sięgnęła granic. Tak bardzo się starałam, nawet nie wiem dlaczego. Chciałam, żeby traktował mnie jak równą sobie, przecież byliśmy tacy sami…

Nie, nie byliśmy. Łączyła nas tylko ta sama rasa, to samo miejsce pochodzenia.

Złapałam się oparcia kanapy i wstałam z niej. Powinnam przestać się nad sobą użalać. Od początku było wiadomo, że ja nie jestem dla niego kimś ważnym.

Powinnam odrzucić to od siebie i do niego wrócić. Przecież potrzebował mojej pomocy. Już miałam iść do niego, ale coś mnie powstrzymało.

Do cholery, niech się trochę pomęczy. Dlaczego mam być na każde jego zawołanie? Nie, koniec z tym.

Teraz powinnam zrobić coś dla siebie.

Udałam się do łazienki, aby wziąć upragniony prysznic. Zmyłam z siebie resztki zaschniętej krwi, umyłam porządnie włosy. Tego mi było trzeba, letniej wody, która wreszcie rozluźniła moje napięte mięśnie.

Wytarłam się do sucha, nałożyłam na siebie lekki, czarny szlafrok i poszłam do kuchni. Powinnam przygotować coś do jedzenia. Spojrzałam na zegar wiszący na ścianie obok lodówki i z zaskoczeniem odkryłam, że było południe. Dobrze, że dziś niedziela. Nie mogłabym pójść tak po prostu do pracy po tak wielu atrakcjach. Każdy musiałby ochłonąć.

Szybko pochłonęłam przygotowany przez siebie omlet, natomiast Loki musiał zadowolić się rosołem z kostki. Tak, robiłam mu obiad. Żenujące z mojej strony. Powinnam się na niego wypiąć i koło łóżka zostawić miskę z wodą i suchy chleb, jak psu.

Podczas gdy zupa się gotowała, ja wślizgnęłam się cicho do sypialni, musiałam się ubrać. Na całe szczęście, bóg zasnął. Przynajmniej tyle dobrego. Rozsunęłam, jak najciszej mogłam, drzwi szafy i wyjęłam czyste ubranie. Wyszłam z pokoju tak samo cicho, jak weszłam i ubrałam się. Potem rozczesałam jeszcze wilgotne włosy i sprawdziłam, czy zupa jest już gotowa.

Po jakimś czasie mogłam już nalać gorący obiad do miski. Wpatrywałam się w rosół z napięciem i biłam się z myślami- iść czy nie iść. Jak widać, nie mogłam zdecydować się nawet w kwestii podania Lokiemu zupy pod nos. Jak cudem więc miałam zdecydować czy udać się z nim do Asgardu czy nie?

-Ekhm- odwróciłam się na dźwięk jego głosu.

-Co tu robisz?- warknęłam i ruszyłam w jego stronę- Miałeś leżeć…

-Dobrze się czuję- odparł.

Miałam dość jego kaprysów.

-Nawet raz nie możesz mnie posłuchać, co?

-Już się nasłuchałem wystarczająco. Po za tym, sama zobacz- zaczął odwijać bandaż. Przybrałam zniecierpliwioną postawę i czekałam ukrywając, jak bardzo ciekawi mnie to, co zaraz miałam zobaczyć. Zdziwiłam się na widok tego, co ujrzałam- po głębokiej ranie, przechodzącej na wylot, została tylko cienka, różowa szrama. Oglądałam żebra Lokiego pod wszystkimi kątami- rana od jednego końca do drugiego była niemal całkowicie zagojona.

-To twoja zasługa.- Podniosłam wzrok na boga, ale na jego twarzy nie zauważyłam kpiącego ani ironicznego uśmiechu. Wyglądało na to, że mówił szczerze.

-Eee tam…- Machnęłam lekceważąco ręką, zaskoczona jego wypowiedzią. Czy on mnie pochwalił?

Staliśmy tak przez chwilę naprzeciw siebie i patrzyliśmy w podłogę.

-No dobra, teraz coś może zjesz, a potem się wykąpiesz. Siadaj- Skinęłam dłonią w stronę kanapy i poprawiłam nerwowo kołnierzyk swojej koszuli, czując, jak zaciska się wokół mojej szyi.

- Oczywiście.- Loki wyminął mnie i usiadł.

Przyniosłam miskę i łyżkę. Postawiłam zupę na stole a łyżkę chwyciłam w dłoń i nabrałam na nią trochę płynu, nie myśląc za bardzo, co robię.

-Co ty wyprawiasz?- Zerknęłam na Lokiego, który patrzył na mnie skonsternowany.

Zwróciłam oczy na zupę a potem na łyżkę trzymaną w dłoni.

-No właśnie, co ja robię?- Patrzyłam się na nią głupkowato.

-Sam sobie poradzę.

Odłożyłam szybko łyżkę i podsunęłam obiad Lokiemu, jednocześnie odsuwając się na sam skraj kanapy.

W milczeniu patrzyłam jak je, czekając aż skończy.

-Chcesz jeszcze?- zapytałam, gdy tylko opróżnił miseczkę. Tak, pytaj się go jeszcze, idiotko, czy chce więcej. Usługuj mu i skacz dookoła niego. Na pewno zmieni wtedy o tobie zdanie.

Pokręcił przecząco głową. Szybko więc posprzątałam, wrzuciłam brudne naczynie do zmywarki i ruszyłam do łazienki. Tak, znowu chciałam mu pomóc.

-A ty gdzie idziesz?- Zatrzymałam się w połowie kroku, słysząc pytanie boga.

-No… Pomóc ci…- wydukałam.

-Chcesz wziąć ze mną kąpiel?- Posłał mi lubieżny uśmiech.

Usta zacisnęłam w wąską kreską, maskując swoje zawstydzenie. Jak on śmiał. Faktycznie, po co ja mu pomagałam, skoro potem jestem raczona takimi komentarzami.

-Nie o to mi chodziło- wycedziłam- Skoro poradzisz sobie sam…- Nie czekając na jego odpowiedź, obróciłam się na pięcie i weszłam do swojego pokoju.



Doprowadziłam swoje łóżko do porządku- pościel, prześcieradło były przesiąknięte krwią.

Właśnie skończyłam zakładać świeżą poszewkę na poduszkę, gdy do sypialni wszedł już czysty i pachnący Loki.

-Jak widzisz, dałem sobie radę- oznajmił bez ogródek, rozkładając ręce, w geście zaprezentowania się.

-Świetnie- odparłam, poprawiając kołdrę i starając się zachować bezbarwny głos.

Bóg podszedł do mnie i poczekał, aż przestane zajmować się pokryciem łóżka.

-Słuchaj- zaczął. Nie zwróciłam na niego uwagi, nie przerywałam swojego zajęcia- Jestem zły, bo wcale nie chcę, abyś tyle dla mnie poświęcała. Nie odwdzięczę ci się tym samym. Mam jeden cel i to on jest ważny.

-Po trupach do celu…- skomentowałam cicho i odwróciłam się do niego. Patrzyłam mu w oczy i szykowałam się na to, ze zaraz usłyszę prawdę. Że jestem tylko narzędziem.

-Nie do końca- zaprzeczył- Zrobię wszystko, aby nic ci się nie stało.

W pewnej chwili myślałam, że mówi to z troski o mnie, ale zaraz się opamiętałam. Nie trudno można było domyślić się jego prawdziwych pobudek.

-Musisz mnie bezpiecznie odstawić do Asgardu- wypowiedziałam swoje myśli na głos, z goryczą. Nie musiał nic mówić. Widziałam to w jego oczach.

-Mogę cię zapewnić, że będę o ciebie dbał. Nie pozwolę, abyś się źle czuła w Asgardzie. Bez mojej zgody nikt cie nawet nie tknie.- Gdy to mówił, jego dłoń odnalazła moją. Jego szczupłe palce ścisnęły moje, a jego dotyk sprawił, że ogarnął mną spokój- Jak już mówiłem, mam jeden ważny cel. Ale teraz to ty jesteś najważniejsza.

Jego słowa mamiły mnie, jego spokojny, miękki głos wpływał do moich uszu i otulał mnie, sprawiając, że naprawdę czułam się najważniejsza. Najważniejsza, dla niego…

Odchrząknęłam i wysunęłam dłoń z jego uścisku.

Jestem dla niego najważniejsza. Tuż po zamiarze zniszczenia Jotunheimu, zauważyłam z rozgoryczeniem.

Ale te słowa nadal kołatały mi się po głowie. ,,Jesteś dla mnie najważniejsza”- tak powiedział. Powiedział też ,,teraz”. A co będzie potem?

-Chyba została nam do wyjaśnienia jeszcze jedna sprawa-powiedziałam, przerywając swoje rozmyślania.

-Owszem- przytaknął- Ale to długa historia- wskazał ręką, abym usiadła. Zrobiłam to, a on zajął miejsce obok mnie.

-Kim był ten mężczyzna, podający się za twojego brata?- zapytałam, wlepiając wzrok w podłogę.

-On nie podawał się za mojego brata-  jest nim –westchnął- najlepiej opowiem ci wszystko od początku.- On także nie patrzył w moją stronę. Czekałam w napięciu, aż wreszcie zacznie.

-Odyn miał trzech synów: Baldura, Hodura i Thora. No i mnie… Adoptowanego syna.- wypowiedział to z wyraźną goryczą w głosie. -Hodur to ten, który nas zaatakował. Jest zły, przybył, aby się na mnie zemścić. Na pewno chce odebrać mi tron. Wiele lat temu ukrył się w Wanaheimie, gdyż ściga go Wali.

-Ale…- Nadal nic nie rozumiałam- Czemu chce się zemścić? Odebrałeś mu tron siłą? Kim jest Wali i czemu go szuka?- wyrzucałam z siebie pytania, jedno po drugim.

-Hodur jest najmłodszym z rodzeństwa. Skoro Baldur i Thor nie żyją, ja jestem władcą.

-Czemu więc chce się na tobie zemścić?- cedziłam słowa, ponownie zadając pytanie.

Loki przez kilka sekund nic nie mówił. Usłyszałam, jak głośno wciągnął powietrze.

-Zmusiłem Hodura… podstępem… aby zabił Baldura.

Te słowa przez chwilę krążyły w powietrzu, aby w końcu opaść i dotrzeć do mojej głowy.

-Co?- zapytałam zdławionym głosem.

-To było wtedy, gdy dowiedziałem się, iż nie jestem synem Odyna. Byłem zły, zrozumiałem, że nigdy nie zdobędę tronu. Mimo tego, że Thor był lekkomyślny a Baldur zbyt beztroski. Mimo tego, że byłem starszy od Hodura. Odyn mi wykrzyczał prosto w twarz, że nigdy nie dopuści do tego, abym przejął po nim tron. W chwili złości… obmyśliłem intrygę…

Baldur miał sny, zwiastujące jego śmierć. Gdy Odyn i Frigga się o tym dowiedzieli, kazali przysiąc wszystkim stworzeniom, przedmiotom, bogom, ze nie skrzywdzą Baldura. Lecz ja, pod postacią kogoś innego, dowiedziałem się od królowej, że ktoś nie złożył tej przysięgi. Była to jemioła. Zrobiłem z niej strzałę i sprawiłem, aby niewidomy Hodur użył jej. To ja go nakierowałem. Lecz wina spadła na niego.

Odyn zdenerwował się i wysłał za nim zabójcę, Walego. Hodur skrył się więc w Wanaheimie.

Jednak potem Wszechojciec dowiedział się prawdy od Norn. Odebrał mi moc… A potem umarł. Jego serce nie wytrzymało, stracił swoich trzech najukochańszych synów…- zakończył z ironią w głosie.

Słuchałam tych słów, ale nadal do mnie nie dochodziły. Wpatrywałam się w podłogę i nie mogłam nic powiedzieć. Nie mogłam oddychać. Cisza aż raniła mnie, przeraźliwy pisk rozsadzał mi czaszkę.

-Chciałem… -Głos Lokiego przerwał to bolesne odczucie- Chciałem odkupić swoje winy. Gdy tylko dowiedziałem się o tobie i twojej mocy… -Urwał, gdy wstałam gwałtownie. Dłonie mi się trzęsły. Coś nie pozwalało mi na niego spojrzeć, powiedzieć choć słowo. Ale czułam, ze coś się zbliża- to uczucie szło wzdłuż mojego ciała, aby w końcu znaleźć ujście. Zwróciłam oczy na Lokiego. Wzięłam głęboki wdech.

-W ilu kwestiach jeszcze mnie okłamałeś? O czy mi nie powiedziałeś?- zaczęłam spokojnie, ale czułam, że tylko krok dzieli mnie od furii- A Thor? Jego też zabiłeś?!- Bóg nie odpowiadał, a ja traciłam nad sobą kontrolę- Odpowiedz! Czemu?! Po co?! Jesteś… jesteś… Kłamcą i mordercą!- Nie mogłam dłużej przebywać w jego towarzystwie. Sprawiało mi ból patrzenie na niego. Jak on mógł?

Wypadłam z pokoju, trzaskając drzwiami. Dyszałam z wściekłości. Nie wiedziałam czy uciec, czy zostać. Chodziłam nerwowo wokół kuchennego stołu. To nie może być prawda, na pewno jest jakieś wytłumaczenie… To niemożliwe, można było podejrzewać go o tak wiele, ale nie o coś takiego.. Jak to, przecież chciał zniszczyć jeden z 9 światów, to oczywiste, że jest zdolny do takich rzeczy…

-Megan- Loki wyszedł z pokoju. Stał teraz na środku mieszkania, kilka kroków ode mnie.

-Po co te wszystkie kłamstwa…

Patrzył na mnie, widziałam w jego oczach żal. Tak jakby zawiódł się na mnie. A przecież to ja zawiodłam się na nim.

-Chcę c i wytłumaczyć.- Podszedł do mnie kilka kroków. Chciałam się cofnąć, ale stałam jak wrośnięta w ziemię- To, co zrobiłem… To było głupie i nieprzemyślane. Ale z twoją pomocą chciałem to wszystko odkupić, odkupić swe winy. Może… Chciałem udowodnić, że jestem godzien życia w Asgardzie, w pałacu Odyna.

Loki stał teraz bardzo blisko, patrząc mi w oczy i spokojnie wypowiadając słowa usprawiedliwienia.

-Loki…

-Wiem, co myślisz, ale to nie tak. Ja nie zabiłem Thora. Ani Odyna.- Ubiegł mnie, nie pozwalając mi zacząć.

-Jedna zbrodnia pociąga za sobą kolejne. Ludzie nie zmieniają się od tak- wyszeptałam, czując, że na nic więcej mnie nie stać.

-Meg, nie wiesz wszystkiego. Nie wiesz jak to jest, gdy czujesz się odrzucona, niechciana. I to nawet nie jest twoja wina. Nie masz na to wpływu i miotasz się, nie wiedząc co zrobić.- Loki zaczął mówić i mówić, jakby zrzucał z siebie ciężar tych słów. Widziałam w jego oczach smutek, którego nie chciałam widzieć. Widziałam w jego oczach ból i chciałam, aby zniknął. Nie chciałam tego, ale zrobiło mi się go żal. Czułam wręcz namacalnie jego uczucia i to powodowało, że zaczynałam choć trochę lepiej go rozumieć. Ale nie miałam zamiaru go usprawiedliwiać. Nie powinnam. To nic nie znaczyło.

-Wiesz co to znaczy widzieć w oczach swojego ojca żal i rozczarowanie? Odrzucenie? Bo nie jesteś tym, kim on chciałby, żebyś był?-  Jego głos stawał się coraz bardziej rozpaczliwy. Patrzyłam mu w oczy, które przez chwilę, tę jedną chwilę były prawdziwe.

Wreszcie Loki jakby się opanował, uspokoił. Odwrócił ode mnie wzrok, odetchnął kilka razy i znów patrzył na mnie zwyczajny, dawny książę Asgardu.

-Gdy tylko udasz się ze mną do Asgardu, zgładzimy Jotunheim, Hodura, a potem zaprowadzę pokój we wszystkich krainach. To wszystko się skończy z twoją pomocą, Megan- mówił do mnie już spokojnym, łagodnym głosem. Hipnotyzował mnie, czarował, a ja się temu poddawałam, choć nie chciałam. Jego oczy wwiercały się we mnie. Czułam jego bliskość, nasze ciała były oddalone od siebie tylko o kilka centymetrów.-Możemy tyle razem zrobić. Wyobraź sobie- ty i ja. Potęga i siła w jednym, panująca razem.

-Wiesz, że nie na tym mi zależy.-Odwróciłam od niego wzrok, czując, że za chwilę zrobię coś, czego będę żałować. Patrzył na mnie z taką nadzieją, mówił tak pięknie, jego zapach odurzał mnie a obecność przyciągała.

-Jesteś taka sama, jak ja…- powiedział cichym, lekko zachrypniętym głosem, który lubiłam słyszeć- bez politowania, bez krzty drwiny. Ujął mnie pod brodę delikatnie, tak, abym znów patrzyła w jego zielone oczy.

Przysunęłam się do niego bezwiednie, nie myśląc o niczym. On także to zrobił. Zamknęłam oczy i poczułam muśnięcie jego warg na swoich ustach. Pocałunek trwał krótko, ale mnie jakby poraził prąd. Na chwilę się od siebie oderwaliśmy, rzuciliśmy sobie krótki spojrzenie. Nie miałam jednak czasu na analizowanie tego, na zastanowienie się. Znów złączył nas pocałunek, tym razem głębszy i dojrzalszy. Loki był szorstki i brutalny, ale mnie to nie przeszkadzało, chciałam więcej. Rozchyliłam wargi, chcąc poczuć smak jego ust. W chwili uniesienia, gdy już mieliśmy rzucić się sobie w ramiona, gdy poczułam, ze chcę go objąć i nie puszczać, poczułam, ze to, co jest między nami, to kłamstwo.

Przerwałam brutalnie pocałunek i odsunęłam się do niego gwałtownie. Spojrzał na mnie, zbity z tropu, jego klatka piersiowa szybko się unosiła, tak samo jak moja.

-Nie jestem taka sama, jak ty- wyrzuciłam te słowa z siebie, kładąc nacisk na pierwszą część zdania- Jesteś mordercą, a ja nie mam zamiaru ci pomagać. Nic się nie skończy, bo nic się nie zacznie. Nigdzie z Tobą nie idę.

-Nic nie rozumiesz- warknął i złapał mnie za ramię. Wtedy kurtyna opadła i zobaczyłam, jak Loki przeobraża się w potwora, chcącego mnie wykorzystać do własnych celów.

Zdenerwowana, wyrwałam się i machnęłam ręką w jego stronę, chcąc go uderzyć- zamiast tego uwolniłam swoją moc i silny, mroźny wiatr odrzucił go ode mnie. Loki uderzył o podłokietnik kanapy i osunął się na podłogę.

-Jesteś taka sama- wysyczał wściekle, podnosząc się z ziemi.- Nie zrzucaj całej winy na mnie. Byłaś gotowa pójść za mną i zniszczyć, zetrzeć na popiół całą swoja rasę…- wyrzucał te słowa z jadem.

-Dość!- krzyknęłam i w jego stronę poszybowały odłamki lodu. Kilka go trafiło, zostawiając na jego skórze, cienkie czerwone rany. Jego biała koszula w kilka miejscach zrobiła się czerwona.

-Odejdź stąd.- Ledwie oddychałam, zdenerwowana, wściekłość zatykała mi gardło, ręce i nogi się trzęsły.

-Stworzyłem bezmyślna istotę do zabijania, która zwróciła się przeciw mnie. Jesteś nieobliczalna, a taki ktoś nie jest mi potrzebny.- Nie musiał krzyczeć, aby wyrazić swoją wściekłość. Widziałam w jego oczach rozczarowanie i pogardę. W tych samych oczach, w których widziałam smutek, ból, pożądanie. Spojrzenie, dla którego nieomal porzuciłam swoje życie, które sprawiało, że topniałam i byłam skłonna okazywać mu litość oraz współczucie. Jak bardzo te dwie twarze się od siebie różniły.

- Żałuję, że zmarnowałem na ciebie tyle czasu.

Odwrócił ode mnie wzrok i wypadł z mieszkania. Trzask drzwi jeszcze długo brzmiał w moich uszach.
________________________________________________________
Dobra, rozwaliłam kanon, brawo dla mnie. Pokręciłam totalnie, misz masz na całego. Mam nadzieję, że nikt mnie za to nie zlinczuje... Nie wiem, czy takie zabiegi są dozwolone O.o Mam nadzieję, że to nie jest jakaś straszna zbrodnia, a wam, moi czytelnicy, się to podoba...
Eh, nie wiem teraz jak wybrnąć z tej sytuacji. Tak, jak dla moich bohaterów, tak samo i dla mnie są to trudne chwile.
Szykujcie się teraz na spora dawkę nudy. Zdecydowałam się na pewne zabiegi i mam nadzieję, że nie zanudzicie się na śmierć przy czytaniu ich.
Jak zwykle dziękuje za wszystkie wasze komentarze i słowa otuchy. 
Trzymajcie się i do następnego, lecę oglądać mecz :) 

niedziela, 5 października 2014

Rozdział 6



Zauważyłam, że jestem sama. Zostałam sama przeciw trzem wojownikom. Rzucili się na mnie z krzykiem a ja tylko patrzyłam na nich sparaliżowana.

-Megan!- Krzyk Lokiego wyrwał mnie z otępienia. Zobaczyłam, że pojawia się przed jednym z Wanów. Nie, z ulga zauważyłam, że to nie on, a jego kopia, bo gdy mężczyzna w zbroi zanurzył w nim miecz, rozpłynął się. Prawdziwy Loki pojawił się przed wojem najbardziej wysuniętym na lewo i uderzył go z całej siły w głowę. Hełm rezonując, ogłuszył napastnika. Ale wiedziałam, że nie mogę dłużej zachwycać się siłą boga, który gołą pięścią sprawił, że jeden z wojów nie mógł ustać na nogach.

W moją stronę znów zbliżało się dwóch pozostałych mężczyzn.

Wyciągnęłam ręce do przodu i zaraz zerwał się wiatr. Lodowe odłamki trafiały w napastników, ale nie mógłby im nic zrobić. Ich zbroje okazały się trudne do przebicia, jedynie wiatr zatrzymywał ich na krótkie chwile.

Zaczynałam się denerwować.

Wiedziałam, że mogę z siebie wykrzesać o wiele więcej, lecz chciałam to szybko zakończyć z dystansu , było oczywistym, że w bezpośrednim starciu z uzbrojonymi, potężnymi wojownikami nie mam najmniejszych szans.

Natychmiast skierowałam ramiona w stronę ciężkich, podkutych butów moich przeciwników. Sprawiłam, by ich stopy przymarzły do ziemi. Unieruchomiłam ich na chwilę i właśnie miałam zakończyć ich życie, gdy moją uwagę odwróciło coś innego.

Krzyk.

Zobaczyłam, jak Loki łapie się za bok, z którego obficie spływała krew. Czyli prawdą było to, co mówił niewidomy oraz to, o czym wcześniej wspominał Laufeyson- bóg nie miał mocy. Lub przynajmniej miał jej o wiele mniej, niż chciał.

Nie zastanawiałam się długo, od razu pobiegłam w stronę walczących i z furią uderzyłam na wojownika. Posłałam w jego stronę lodowe ostrza, nie patrzyłam gdzie lecą, po prostu dałam płynąć swojej mocy i czekałam na skutki. Kilka ostrych odłamków trafiło w nieosłonięte zbroją części ciała mojego przeciwnika. Zaczął krwawić z kilka ran, które przedarły najsłabsze fragmenty uzbrojenia w kolanach, łokciach i biodrach. Nadal jednak trzymał pewnie miecz w dłoniach. Opuściłam ręce dysząc, a on zwrócił wściekłe spojrzenie w moja stronę, Zakołysał bronią i zbliżył się do mnie. Zacisnęłam dłoń w pięść, którą zaraz pokryła gruba warstwa lodu. Uformowałam ostrze, które pokrywało moje ramię od barku, sięgając kilkanaście, może więcej centymetrów poza moją dłoń. To samo stało się z drugą ręką, Stworzyłam sama sobie namiastkę twardej zbroi.

Wojownik uniósł miecz i upuścił go na moje ramię, tnąc z boku.

Od razu zrozumiałam, jaki popełniłam błąd. Nie mogłam swobodnie manewrować swoją własną bronią. Krepowała mi ruchy. Zaczęłam panikować, ale na szczęście szybko się opamiętałam i uwolniłam ramiona, zostawiając pokrywę tylko do łokci.

Napastnik znów zabrał się do ciosu. Uderzył na mnie od góry, a ja zablokowałam cios lewą ręką. Uderzenie było naprawdę potężne, niemal się wywróciłam. Zatoczyłam się do tyłu, cofnęłam o kilka kroków i w końcu zachowałam równowagę. Nie miałam jednak czasu na odpoczynek, mój przeciwnik znów zabierał się do ciosu. Tym razem nie zawracałam sobie głowy parowaniem, tylko od razu uniknęłam masywnego ostrza. Znów wybiło mnie to z równowagi, lecz tym razem udało mi się wyprowadzić atak. Zadałam cios moją prymitywną bronią tuż pod żebra Wana, trafiając między blachy zbroi. Z satysfakcją odkryłam, że udało mi się go zranić.

-Uważaj!

Instynktownie rzuciłam się w bok i wylądowałam w kuckach na trawie, dalej od woja. Nie zauważyłam, że dwóch pozostałych napastników, których unieruchomiłam, już zdążyło się uwolnić i pokraść do mnie niezauważenie. Gdyby nie ostrzeżenie Lokiego, rozpłatali by mnie na pół.

Nie wiedziałam co robić, Loki był ranny, a ja nie miałam pomysłu, jak rozprawić się z tymi pieprzonymi Wanami. Zacisnęłam zęby. To nie mogło się tak skończyć. Dam radę.

Uwolniłam lewą rękę i dłonią dotknęłam ziemi. Zamknęłam oczy. Całą swoją złość skierowałam w stronę tych sukinsynów. Trawa przede mną zaczęła zmieniając się w martwe, zimne morze. Fala chłodu przesuwała się w stronę trzech najemników niewidomego. Wcisnęłam palce w glebę i zimno zaczęło pełznąć wzdłuż ich ciał. Zaczęli padać na kolana, nie mogąc utrzymać się na nogach.

Jednemu z nich broń wyleciała z dłoni. Złapał się nagle za radio, łapczywie łapiąc powietrze.

Rzuciłam okiem na Lokiego. Jedną dłoń nadal przyciskał do rany, ale druga miał wyciągnięta przed siebie. To on dusił wojownika.

Kontynuowałam swoje zadanie. Zimno dosięgało już serc i płuc dwóch pozostałych Wanów. Sięgałam do ich gardeł, wstałam i w przypływie złości wypuściłam jeszcze większa ilość mocy. Fale zimna i okruchów lodu przepływały przez ich organy, mózgi, kości i mięśnie. Po chwili zamiast nich stały sztywne lodowe rzeźby.

Opuściłam dłoń i uwolniłam druga rękę. Odetchnęłam głęboko, zadyszałam się, byłam zmęczona, ale ostatkiem sił trzymałam się na nogach. Wyprostowałam się dumnie i spojrzałam z nienawiścią na niewidomego.

-U… zimno się zrobiło- Potarł teatralnie ramiona- Czuję zapach krwi… Czy to ty, Loki? Czuję Jotuńską krew. To ty ich załatwiłeś? Czy ta kobieta?- Pokręcił głową- Głupiec ze mnie, że pomyślałem o tobie. Przecież ty jesteś taki słaby… Nie bój się, pozwolę ci odpocząć.

Wokół niego zaczęły pojawiać się takie same promienie, jakie towarzyszyły mu podczas przybycia tutaj.

-Wrócę z silniejszą armią. Nie myśl, że ci odpuszczę. Za śmierć karze się śmiercią!- krzyknął, po czym zniknął w kolumnie oślepiającego światła. O co mu chodziło? Kim on, do cholery, był?

Odwróciłam się, aby zasypać Lokiego lawiną pytań, ale przecież był ranny. Leżał w kałuży krwi, nadal trzymając się za ranę.

Podbiegłam do niego i opadłam przy nim na kolana. Dyszał ciężko, koszulę miał doszczętnie przemoczoną na prawym boku, krew była na jego rękach. 

Odjęłam delikatnie jego dłoń od rany i nie bawiąc się w rozpinanie koszuli, po prostu pociągnęłam za jej krawędzie, odrywając guziki.

Aż jęknęłam. Miecz trafił Lokiego między żebra, właściwie ryjąc ranę na wylot.

Bóg był blady jeszcze bardziej niż zwykle i zaczynał tracić przytomność.

-Loki!- Ujęłam jego twarz w dłonie, brudząc ją krwią, którą były pokryte moje ręce-Spójrz na mnie!

Ledwo co otworzył oczy, patrząc na mnie mętnym wzrokiem. Przeraziłam się, widząc go w takim stanie. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, bałam się, że nie uda mi się mu pomóc.

-Proszę cię, nie zamykaj oczu, nie zasypiaj, nie zasypiaj!- Potrząsnęłam nim, gdy tylko jego powieki zaczęły opadać. Syknął z bólu, ale oczy miał otwarte.

-Muszę cię stąd zabrać- Podniosłam go do pozycji siedzącej i przerzuciłam sobie jego ramię przez kark. Jednocześnie objęłam go i ze stęknięciem dźwignęłam z ziemi.

Warknął i zachwiał się.

-Musisz wytrzymać, proszę cię- pociągnęłam go za sobą- To tylko kilka kroków.

Oparł głowę o moje ramię, ale szedł. To znaczy wlókł się.

Czułam jak moja koszulka moknie od jego krwi. Zacisnęłam zęby i przyspieszyłam. Wdrapałam się na zbocze, właściwie wciągając na nie Lokiego, który co i rusz syczał z bólu. Przynajmniej był przytomny.

Dotarłam do samochodu. Był otwarty, bo dookoła nas nie było cywilizacji. Byliśmy pośród lasów i łąk, więc auto było raczej bezpieczne. Zostawiłam je po prostu na poboczu.

Otworzyłam drzwi od strony pasażera i pomogłam Lokiemu wsiąść. Pochyliłam się nad nim pociągnęłam za dźwignię do opuszczania siedzenia, żeby bóg mógł się położyć.

Potem szybko pobiegłam do bagażnika i wyciągnęłam z niego apteczkę pierwszej pomocy. Roztrzęsionymi dłońmi wyjęłam z niej butelkę wody utlenionej i przez chwile mocowałam się z nakrętką. W końcu mi się udało i bezceremonialnie, obficie polałam wodą ranę. Loki krzyknął przez zaciśnięte zęby, ale nie wyrywał się. Potem wzięłam się za obwiązywanie jego rany bandażem.

-Musze cię zabrać do szpitala- zakomunikowałam, kontynuując robienie prowizorycznego opatrunku.

-Nie jadę do żadnego szpitala- wycedził przez zaciśnięte zęby.

-Co?- Mocniej pociągnęłam bandaż i bóg jęknął- Muszę cię tam zabrać, potrzebujesz profesjonalnej opieki!

Uniosłam się gwałtownie i natychmiast tego pożałowałam, czując ból głowy, po uderzeniu w nadwozie auta. Zaklęłam siarczyście i pomasowałam bolące miejsce.

-Nigdzie. Nie. Jadę-warknął – Chcę wrócić do twojego mieszkania.- Zamknął oczy i odwrócił głowę.

-Mam w dupie to, czego chcesz!—­­krzyknęłam i zawiązałam bandaż najmocniej jak umiałam. Loki znów jęknął- Zabieram cię do szpitala.- Nie czas było na jego zachcianki, teraz był zdany na mnie i powinien się mnie słuchać, zamiast wydziwiać.

-Nie!- Złapał mnie za nadgarstki i ścisnął z całej siły. Nie podejrzewałabym, że jest jeszcze zdolny do takiego wysiłku. Spojrzał na mnie twardo- Masz mnie zabrać do siebie. Nie oddam się w obce ręce, nie ufam Midgardczykom.

Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.

-Loki, do kurwy nędzy- warknęłam- Niech cię diabli…

Zatrzasnęłam z hukiem drzwi i obeszłam samochód, aby wsiąść z drugiej strony.



Jechałam najszybciej, jak mogłam. Na moich oczach Loki słabł coraz bardziej. Co chwilę sprawdzałam czy nadal jest przytomny. Jego klatka piersiowa ledwo się podnosiła podczas oddychania.

Pech chciał, że akurat w mieście zaczęły się godziny szczytu. Zgrzytałam zębami z bezsilności i trąbiłam non stop, ale wiadomo było, że moje wysiłki są bezużyteczne. Uroki mieszkania w centrum.

W końcu zauważyłam jakąś boczną uliczkę i bez wahania w nią skręciłam. Miałam nadzieję, że ominę w ten sposób korki.

Skręciłam w prawo, kierując się równolegle do poprzedniej trasy. Droga była wąska, obskurna i na pewno nieprzeznaczona dla samochodów. Ale parłam do przodu, droga wiodła cały czas prosto, gdy z niej wyjechałam, znajdowałam się dalej od mojego miejsca zamieszkania, dodatkowo zrobiłam dość duży objazd, ale lawirując uliczkami chyba szybciej się tam dostałam, niż główną, zakorkowaną trasą. Wjechałam na parking i zatrzymałam się jak najbliżej wejścia. Trochę zbyt gwałtownie zahamowałam, więc porządnie nami zarzuciło. Loki stęknął, gdy pas bezpieczeństwa wżynał mu się w ciało. Szybko wysiadłam i uwolniłam go. Ponownie zarzuciłam sobie jego ramię na szyję i jakoś wysiadł z samochodu. Bandaż na jego torsie całkiem przesiąkł od krwi. Co ja miałam zrobić? Stracił jej zbyt wiele, wiedziałam, że normalny człowiek długo by w takim stanie nie przeżył, natomiast nie wiedziałam, jak to jest z bogami.

Wtoczyliśmy się do budynku. Bałam się, że Loki zaraz straci przytomność i nie dam rady go zanieść do mieszkania.

-Proszę cię, wytrzymaj…-Cały czas szeptałam mu do ucha. Weszliśmy do windy. Krople krwi spływały z naszych dłoni na podłogę, ohydnie ją plamiąc.

-Szybciej, no szybciej- mamrotałam pod nosem, patrząc na wolno przesuwające się numery pięter. W końcu dojechaliśmy na samą górę. Wyszarpałam z kieszeni klucze i otworzyłam drzwi do mieszkania.

-Już jesteśmy, jeszcze tylko kilka kroków- wysapałam i powlokłam boga do sypialni. Ostatkiem sił właściwie zrzuciłam go na łóżko. Słyszałam, jak gwałtownie łapał powietrze.

-No już.- Pomogłam ułożyć mu się na plecach- oczekaj na mnie i błagam, nie zasypiaj.- Zmusiłam go, aby na mnie spojrzał. Pokiwał głową.

Pobiegłam do kuchni po butelkę mineralnej, a wracając zabrałam z łazienki bandaże i ręczniki.

Wróciłam do sypialni i z ulgą stwierdziłam, że Loki nadal jest przytomny.

Rzuciłam wszystko, co miałam w rękach, na podłogę i zerwałam z niego koszulę, a potem przesiąknięte bandaże. Następnie polałam ranę wodą, aby ja oczyścić i zmyć z ciała krew. Osuszyłam ranę ręcznikiem a potem zawinęłam go w rulon i podłożyłam Lokiemu pod łopatki. Teraz łatwiej było mi założyć nowy opatrunek. Ale co to da? Taka rana sama z siebie się nie zregeneruje. Zaczęłam panikować. Nie, nie miałam innego wyjścia. Musiałam zadzwonić po pogotowie.

-Loki- Dotknęłam jego twarzy, nadal ubrudzonej krwią- Muszę zadzwonić po pogotowie. Ty tego nie przeżyjesz.

Spojrzał na mnie wzrokiem na granicy przytomności.

-Nie dzwoń. Przeżyję.

-Gówno prawda, nie przeżyjesz!- Złapałam go za ramiona, kompletnie wyprowadzona z równowagi jego upartością- Co ja mam zrobić?! Co?! Znasz jakieś cudowne zaklęcia, leki?! Co mam zrobić?!- krzyczałam mu w twarz, nie wiedząc, jak do niego przemówić. Głos uwiązł mi w gardle i czułam, że zaraz się popłaczę, jak dziecko, z bezsilności.

-Cicho.- Skrzywił się- Znam.

-Nie… Co?- Puściłam jego ramiona.

-Znam. Zaklęcie- odpowiedział, cedząc słowa. Miał coraz większe trudności z mówieniem i oddychaniem.

-Serio?- Chciałam się upewnić-Znasz jakieś zaklęcie uzdrawiające?

-Znam.-Mimo złego stanu, było widać, że jest zirytowany moim zachowaniem.

-No to mów! Na co czekasz?

-To na nic.- Pokręcił głową- Nie dasz rady, nie…- syknął z bólu- Nie uczyłem cię tego, nie masz zdolności…

- Co z tego? Błagam, Loki, daj mi spróbować!- Złapałam jego dłoń i ścisnęłam. Spojrzał na nasze złączone ręce a potem na mnie. Skinął abym się przybliżyła. Nachyliłam się nad nim, żeby usłyszeć wyszeptaną przez niego formułę. Była w obcym języku, ale ja go rozumiałam doskonale.

Puściłam jego rękę i obie dłonie położyłam na jego boku. Zaczęłam szeptać mantrę, nie przestawając ani na chwilę. Zamknęłam oczy i sięgnęłam w głąb siebie, szukałam w sobie sił, które pozwolą mi uleczyć Lokiego. Chłód zaczął wydobywać się spod moich palców, otworzyłam oczy i spostrzegłam, że rana przestała krwawić, a Loki oddychał już spokojniej. Ale ja nadal nie przestawałam.

-Wystarczy- Bóg położył dłoń na moich dłoniach i przerwał mi. Wzrok znów miał przytomny.

-Nie, jeszcze nie.- Mój głos był słaby, nagle poczułam się bardzo zmęczona. Ale nie chciałam przestać- Nadal cię boli, rana jest głęboka.- Odsunęłam jego dłoń i wróciłam do uleczania go. Zamknęłam się na cały świat zewnętrzny i słyszałam tylko swój własny głos.

Nagle poczułam szarpnięcie. Otworzyłam oczy.

-Wystarczy!- Napotkałam gniewne spojrzenie Lokiego. Uniósł się na łokciu i trzymał mnie za ramię.

-No już dobrze- Odjęłam dłonie od jego żeber- Jak się czujesz?

-Teraz chyba lepiej od ciebie.- Patrzył na mnie uważnie- To wyczerpujące zaklęcie, nie powinnaś tak się przemęczać.

-Nic mi nie jest.- Uspokoiłam go i wstałam. Zakręciło mi się w głowie, poczułam, że mam nogi jak z waty i musiałam oprzeć się o krawędź łóżka.

-Meg?- Laufeyson wyciągnął rękę w moją stronę.

-Nic mi nie jest- powtórzyłam, kręcąc głową- Trzeba otworzyć tu okno.

Podeszłam do okiennic i otworzyłam je na oścież. Twarz owiało mi podeszczowe powietrze, co trochę mnie orzeźwiło. Znów odwróciłam się do łóżka.

-Połóż się, ja zaraz wrócę.- Uśmiechnęłam się do Lokiego, aby pokazać mu, że wszystko jest w porządku. Zebrałam się w sobie i jakoś przebyłam drogę dzielącą mnie od drzwi.

Gdy tylko wyszłam z pokoju, od razu oparłam się o drzwi i odetchnęłam głęboko. Stałam tak przez chwilę, aż przestalam widzieć ciemne plamki. W końcu dowlokłam się do kuchni i wyjęłam z lodówki butelkę wody. Zaczęłam pić łapczywie, zimna woda przynosiła mi ulgę. Potem umyłam ręce pod kranem i ochlapałam twarz. Poczułam się trochę lepiej. Wzięłam jeszcze jedną butelkę, szklankę i wróciłam do sypialni.

Usiadłam na krawędzi łóżka.

-Boli cię?- zapytałam boga, nalewając wodę do naczynia.

-O wiele mniej- odpowiedział.

-Potem jeszcze spróbuję- oznajmiłam, podając wodę Lokiemu.

-Nie będzie żadnego potem- warknął, odbierając szklankę. Wychylił ją jednym haustem.

-Będzie, będzie- zapewniłam go, polewając czysty ręcznik wodą z butelki.

-Nie…

-Nic już nie mów- przerwałam mu. Odebrałam mu puste naczynie, odstawiłam je na szafkę nocną i zabrałam się za obmywanie jego twarzy z krwi. Nie odezwał się i w milczeniu pozwolił mi działać. Potem obmyłam mu jeszcze ręce i klatkę piersiową. Dłonie trochę mi drżały i nie byłam pewna czy był to na pewno skutek zmęczenia. Czułam się naprawdę dziwnie, opiekując się Lokim i pomagając mu… w taki sposób.

Gdy już skończyłam, pozbierałam wszystko, co było niepotrzebne i wyniosłam z pokoju.

-Meg.- Przy drzwiach zatrzymał mnie głos Lokiego. Odwróciłam się- Przyjdź jeszcze do mnie na chwilę.

-Powinieneś odpoczywać- zaoponowałam- Przydałoby ci się trochę snu.

-Przyjdź.- Jak zwykle nie prosił, tylko mi rozkazał. Ale powiedział to nad wyraz spokojnie i łagodnie. Odwróciłam się z westchnięciem.

Wrzuciłam ręczniki do pralki a porwaną koszulę i bandaże, do kosza, po czym wróciłam do sypialni.

Tak, jak poprzednio, usiadłam na krawędzi łóżka i spojrzałam wyczekująco na boga.

-Po co to zrobiłaś?- zapytał. Podniosłam brwi, nie wiedząc, o co mu chodzi.

- Po co mną się opiekujesz, po co mnie uleczyłaś?- Uniósł się na łokciach, aby usiąść i oprzeć się o wezgłowie łóżka. Chciałam go powstrzymać, ale nie zwrócił na mnie uwagi.

-A co, miałam cie tam zostawić?- Spojrzałam mu w oczy i zauważyłam, że tak właśnie myślał.

-Mogłaś mnie zostawić, mieć mnie w końcu z głowy.

Odwróciłam wzrok i uśmiechnęłam się pod nosem.

-Nie mogłabym spać ze świadomością, że tak po prostu się zostawiłam. Po śmierci pewnie straszyłbyś mnie po nocach.

Uśmiechnął się lekko na ta uwagę.

-U nas duchy raczej nie spacerują sobie po wszystkich 9 krainach.

Tym lepiej dla mnie.

Zapadła między nami krepująca cisza. Raptem coś sobie przypomniałam.

- Nie chcę cię męczyć i na razie odpuszczę sobie odpytywanie cię, ale… Powiesz mi chociaż kto nas zaatakował?

Mina od razu mu zrzedła, w oczach pojawiła się złość. Może nie chciał w tym momencie o tym mówić, ale ja musiałam wiedzieć. Prędzej czy później i tak musi mi wszystko wyznać.

-To był mój brat. Oczywiście nie rodzony.

-No cóż… Domyślam się. I nie był to Thor, prawda? Chyba, że pominąłeś kilka rzeczy, gdy o nim opowiadałeś?

Zaprzeczył ruchem głowy.

-Nie. To był Hodur. Teraz mieszka w Wanaheimie.

Czekałam, aż powie coś więcej, ale milczał, jak zaklęty.

-Czemu mi o nim nie powiedziałeś? Co się stało?- Próbowałam cos z niego wydusić. Wiedziałam, że to bezskuteczne, bo jak Loki się zaprze, to ciężko jest cokolwiek na to poradzić.

-To długa historia- odparł zmęczonym głosem, jakby próbował dać mi do zrozumienia, że to już koniec rozmowy. Cóż, sama powiedziałam, że na razie nie będę go wypytywać.

-No dobra.- Wstałam- Idź już lepiej spać. Jak wydobrzejesz, wszystko mi opowiesz.

Zostawiłam go z własnymi myślami i wyszłam z pokoju.

~~~

Dosłownie padłam na kanapę. Powinnam zmusić się do poczołgania do łazienki, ale nawet na to nie miałam siły. Chciałam tylko spać. Obojętnie gdzie, w jakiej pozycji i w jakich warunkach.

Ostatkiem sił ściągnęłam z siebie koszulkę. Cały jej lewy bok był ubrudzony zeschnięta krwią. Odrzuciłam ją na podłogę i z powrotem opadłam na poduszki sofy.

Ale sen tak szybko nie nadszedł. Po głowie obijało mi się mnóstwo pytań. Czemu Loki nie powiedział mi o swoim bracie? Czemu Hodur nas zaatakował, przed czym się ukrywał, o czyjej śmierci mówił? Bałam się, że niewidomy znów nas zaatakuje. Mówił coś o armii, a wtedy raczej ja z Lokim sobie sami nie poradzimy. Nie, teraz powinnam skupić się na uleczeniu Lokiego. Pomyśleć, że jeszcze ponad 2 tygodnie temu chciałam wykorzystać fakt, że spał i zabić go, albo chociaż ogłuszyć patelnią. Niestety, gdy miało już do tego dojść, bóg się obudził, a ja musiałam się gęsto tłumaczyć, dlaczego stoję nad z nim z patelnią w ręku. Nie wiem, czy łyknął wtedy historyjkę o robieniu śniadania.

Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. W sumie Loki miał do mnie dużo cierpliwości. Tak samo, jak ja do niego.


___________________________________________________________
e_e I have no idea what i'm doing
Musiałam zakończyć tak. Bo tak. Jakoś tak muszę rozdziały rozplanować. Nie mam weny. Na razie nudy. No wybaczcie. To chyba na tyle.
Pozdrawiam i dziękuję za wszystkie komentarze i miłe słowa.